Kiedy budzisz mnie o czwartej rano, po raz kolejny, bo gorąco, bo pić, bo po prostu: “Mama!”. Powieki podnieść się nie chcą, a w środku przeliczam, ile mi brakuje do “wyspania”. Jakieś 10 lat. 10 lat temu przestałam spać etatowo, a zaczęły się krótkie zmiany o różnej częstotliwości i natężeniu, bo bywało przecież, że z którymś z Was na piersi, a jak się wtedy śpi, każda mama wie. I znów ta czwarta rano. Ale wstaję. Idę dać Ci wody, potem niosę do naszego łóżka z nadzieją, że jeszcze zaśniesz. Zasypiasz i ja też zamykam oczy – w samą porę, by usłyszeć tuptanie. Staś. Wdrapuje się do łóżka i oczywiście Cię budzi, kładąc się na Twojej ręce, by być bliżej mamy.  

  • No przesuń się, Ducio.
  • Stasiu, nie popychaj proszę brata.
  • Ale on się już obudził, to się może przesunąć, bo ja chcę być obok Ciebie!

  Gucio vel Ducio w ryk, bo przecież on też chce i zaczynamy od nowa. Usypianie. Bo przecież po czwartej i nawet jeśli wstanę, to Oni ze mną i nic i tak nie zrobię. A potem Oni będą nieprzytomni i marudni.  

  • Śpij Guteczku – mówię cicho.
  • No śpij Dutek! Słyszysz?! – powtarza po mnie Staś, zdecydowanie głośniej.

  Ale w końcu wszystko cichnie, chłopcy się uspokajają, a Gutek zasypia. Staś nie, ale leży bez ruchu, więc nie narzekam. Zamykam oczy. Sen przychodzi szybko, przyzwyczajony, że musi brać, co swoje, póki mu na to pozwalają, bo zaraz sytuacja na froncie może się zmienić. I tak od 10 lat.   Łup. Otwieram oczy przerażona. Nie. To nic. To tylko dinozaur spadł z półki, na której położył go przed chwilą Staś. Stawia je w rządku i mówi do nich po cichu. Nawet nie zauważył, że się obudziłam, taki zajęty zabawą. Największy dinozaur to Albert. On tu jest szefem. O piątej rano, kiedy świat jeszcze śpi, brygada ratunkowa złożona z dinozaurów, rusza na pomoc Stefanowi, który, jak cały świat, jeszcze śpi i nie zdaje sobie sprawy z tego, że tej pomocy potrzebuje. To nic. Czy coś takiego mogłoby Cię powstrzymać?   Podglądam to wszystko spod przymkniętych powiek i już ani trochę zła nie jestem za te pobudki nocne, poranne, wieczorne i wszystkie inne. I już nie pamiętam tych płaczy, krzyków i zębów, które dopiero co stawiały na straży cały dom. Gdzieś z tyłu głowy kołacze się myśl o Twojej chorobie, która kosztuje mnie tak dużo, a Ciebie przecież znacznie więcej, ale nawet o niej teraz nie myślę. Tak jak o wszystkich siniakach i zdartych kolanach, kiedy znów wspinałeś się na murek, choć tak prosiłam, żebyś nie. O wszystkich zarwanych nocach i pojonych kawą dniach. Już nie pamiętam. Bo czym jest moje niewyspanie w porównaniu z tym, że przecież ratujesz świat?   I dociera do mnie, że to nie niewyspanie jest problemem macierzyństwa. Nie zęby i marudne godziny, które przeciągają się w dni całe. Nie brudne pieluchy i rutyna. I to, że po pracy nie ma zmiłuj, obiad zrobić trzeba. Nie zmęczenie. Nie czwarta nad ranem z jej czarnym bluesem, zawodzącym, że znów trzeba wstać, bo wody musisz się napić. Bo spać nie możesz, więc spać nie dajesz. Nie. To wszystko zostawiam za sobą, gdy idę śmiało w dzień.   Ale w kieszeni, w tej dziurawej kieszeni, pozostaje on, schowany w cieniu jak mafioso, którego nie da się przekupić, jeśli już decyzję podejmie, a ta przecież od dawna nie podlega negocjacjom. Czas. Czas, który powoli, ale z uporem i bez przerw na oddech, na nacieszenie się sobą, jak piach się z niej sypie. A ja jak ten Grześ, co przez wieś szedł z workiem na plecach, boję się chwili, kiedy piasku wysypie się tyle, że ten nasz wspólny czas trzeba będzie, bez żalu, rozdzielić na dwa, bo taka przecież kolej rzeczy i nie mam prawa Cię przy sobie trzymać.   Ile to jeszcze lat nam zostało? Ile wspólnych poranków wakacyjnych, kiedy o piątej rano mogę podglądać spod przymkniętych powiek, jak ratujesz świat? Krzyś już czwarty rok sam jeździ na obozy, Wiktor zaraz wyruszy, by łapać swoje przygody. A potem, owszem, razem, ale czuję, jak ten czas łaskocze mnie po nodze, gdy tak się sypie z dziurawej kieszeni, przypominając o tym, co pamiętać trzeba, by dobrze to macierzyństwo wypełnić. Przypominając o tym, co jest prawdziwą macierzyństwa zmorą, obok strachu chyba największą. Nie zęby. Nie kolki. Nie nieprzespane noce. Ale czas. Ten czas, który każdego dnia ucieka, a jeśli zmarnowany, nawet wspomnień dobrych po sobie nie zostawi. Jeśli zmarnowany, to może nawet na niedzielne naleśniki wracać nie będziecie chcieli, a mnie zje tęsknota. I żal. Że zamiast spod przymkniętych powiek cieszyć się, jak świat ze swoimi dinozaurami ratujesz, byłam zła, że znów mi sen zabrałeś. Czy wtedy będę mogła spać spokojnie?      

PODOBA CI SIĘ W MOIM INTERNETOWYM ŚWIECIE?

Jeśli tak i chcesz pomóc mi rozwijać ten blog i dać motywację, bym dalej snuła opowieści o miłości, radości i pięknie, oto w jaki sposób możesz to zrobić:

  • Zostaw po sobie ślad – skomentuj, napisz, co myślisz, a kiedy już mi zaufasz – opowiedz swoją historię
  • Poznajmy się lepiej – polub mój profil na Facebooku i zobacz, jak to wszystko wygląda od kuchni
  • Obserwuj mój profil na Instagramie – tam opowieści o miłości, radości i pięknie jest jeszcze więcej
  • Udostępniaj moje posty – nawet nie wiesz, jaką radość mi w ten sposób sprawisz :)

magdatomkowicz