Patrzę czasem na siebie, na to, co w życiu udało mi się zrobić, osiągnąć, a co zawaliłam. Patrzę na naszą codzienność i niecodzienność, na setki książek w biblioteczce i puste parapety, bo nie mam ręki do roślin. Patrzę na to wszystko i widzę, jak bardzo jestem niespójna.

 

Jak bardzo jestem niespójna we własnym życiu. Jak bardzo ono niepoukładane, ile przeciwstawnych myśli kołacze się w głowie, ile planów i schematów, które tworzę i według których powinnam, ale zwykle nie wychodzi.

 

A potem zadaję sobie pytanie – powinnam co właściwie? Brnąć ścieżką kariery? Wychowywać dzieci książkowo i z miejscem na błędy z góry oznaczonym, że tylko odtąd dotąd, bo inaczej to już na pewno skaza na psychice gwarantowana?

 

Jednego dnia płaczę, drugiego się śmieję i boję się o tym powiedzieć na głos, bo zaraz znajdzie się ktoś, kto zasugeruje, że to na pewno objaw takiej a takiej choroby. Jeśli nie psychicznej, to chociaż nieuleczalnej. Bo wszyscy dziś chorują i tak przecież może być. A może to po prostu objaw bycia mną?

 

A może i Tobą? To wiesz tylko Ty i ci, którym zwierzasz się ze swoich tajemnic. Albo którzy dzielą z Tobą górki i dołki, a może czasem również je pod Tobą kopią, choćby nieświadomie. Wiesz, o czym piszę, prawda?

 

Niespójne to moje pisanie, niespójny blog, bo przecież codziennie mam na niego inny pomysł i jeszcze się taki nie urodził, który potrafiłby mnie przekonać, że tędy dojdę co najwyżej do studni. Takiej z dnem, od którego na pewno odbiją się moje marzenia.

 

Wróć, przecież ja przekonana jestem, tylko co poradzić, kiedy myśli wciąż zbaczają ze ścieżki? Co poradzić, kiedy raz obrana droga po jakimś czasie wydaje się pełna dziur i nie, nie chce się wcale zawracać, chce się skoczyć z emocjonalnego spadochronu i znaleźć się nagle w lesie, gdzie ani kosmetyków, ani komputera, tylko ciepły sweter, herbata w termosie i światło.

 

Patrzę czasem na siebie, na to, co bym chciała i co nie zawsze idzie w parze z tym, co realizuję (zwykle nie idzie). Patrzę na to, ilu rzeczy się boję i przeżywam je tylko w wyobraźni. Patrzę na nasze idealne wieczory i ciężkie poranki. Albo na odwrót, bo przecież zwykle jest na odwrót. Patrzę na urywki zdań, które zapisuję, by dodać sobie odwagi lub ukrócić myślowe wycieczki. Jakie one różne, z jak innych bajek wyjęte.

 

Patrzę na jesienne liście, które wysypują się z wazonu, bo Stasiek codziennie przynosi mi kolejny bukiet, a ja upycham go i dopycham, bo nie potrafię żadnego wyrzucić. I na kilka wielkich worów z rzeczami, które czekają na tarasie, bym je bez żalu oddała komuś innemu. Może bardziej spójnemu? Może nie zastanawiającemu się w ogóle nad sensem owej spójności? Może komuś, kto bierze życie za rękę i idzie z nim przed siebie, nie oglądając się, czy ono w ogóle nadąża za jego tempem?

 

Patrzę na siebie i widzę, jak długa wciąż droga przede mną. I zastanawiam się, czy powinna być prosta, czy kręta. Czy unikać dzikich ścieżek, czy przecierać szlaki. Czy iść tam, gdzie nie wolno, czy tylko tam, gdzie nie powinnam. Czy może tam, gdzie najszerzej i gdzie nie zahaczę swetrem o żadną gałąź?

 

Nie wiem.

 

Chciałabym czasem dać się prowadzić słowom. Jak dziś, bo przecież to miał być tekst o swetrach. Chcę temat dodawać na końcu, bo na początku nigdy nie jest oczywiste, o czym życie dzień mi napisze. I mieć nadzieję, że nikt nie będzie brał mnie dosłownie. Bo niespójnych trzeba czasem brać w nawias. Albo w cudzysłów. I pogłaskać ich po głowie, utulić i szepnąć do ucha: “ale przecież są rzeczy, w których jesteście spójni”.

 

Tak, myślę sobie. W miłości do szarych swetrów. I może wcale innej spójności mi nie potrzeba? Przynajmniej dziś, bo jutro… jutro może być deszcz, który zmyje z twarzy uśmiech i rozmaże tusz na rzęsach. Ale nawet wtedy, nawet z tą żałosną miną zbitego psa, będę przecież pamiętać, że jest jeszcze coś, co wprowadza zgodność i jedność do mojego życia.

 

Oni.

 

I właśnie Oni dają mi pewność, że innej spójności mi nie potrzeba. Że te wszystkie rozsypane fragmenty, wycięte niczym cytaty z książek, mogę powoli układać w patchworkowe puzzle dni, które, jeśli będę miała dużo szczęścia, wciąż na mnie czekają. Wśród krętych ścieżek i nie zawsze łatwych decyzji.

 

A potem znajdzie się ktoś kto powie: “Nie uważasz, że zrzucasz za dużo na ich barki, że obarczasz ich odpowiedzialnością za własne szczęście?” I znów będę się musiała tłumaczyć, że źle mnie zrozumiał. Wróć, że źle się wyraziłam, bo to przecież zawsze wina autora, prawda? To niezrozumienie, ta niespójność, to, co jest, a czego nie ma między wierszami i co może zamknąć tylko jeden ostateczny argument: muszę kończyć, bo idę po dzieci do przedszkola. Do widzenia.

 

 

PODOBA CI SIĘ W MOIM INTERNETOWYM ŚWIECIE?

Jeśli tak i chcesz pomóc mi rozwijać ten blog i dać motywację, bym dalej snuła opowieści o miłości, radości i pięknie, oto w jaki sposób możesz to zrobić:

  • Zostaw po sobie ślad – skomentuj, napisz, co myślisz, a kiedy już mi zaufasz – opowiedz swoją historię
  • Poznajmy się lepiej – polub mój profil na Facebooku i zobacz, jak to wszystko wygląda od kuchni
  • Obserwuj mój profil na Instagramie – tam opowieści o miłości, radości i pięknie jest jeszcze więcej
  • Udostępniaj moje posty – nawet nie wiesz, jaką radość mi w ten sposób sprawisz :)

magdatomkowicz