Piąta nad ranem – za ciemno, by od razu uświadomić sobie, że już dzień, że zgrzyt budzika to nie pomyłka. Za zimno, by wstać z uśmiechem i pomyśleć, że to będzie dobry dzień. Ale mimo wszystko myślę słowami, które dają moc, jak bardzo amerykańsko by to nie brzmiało. Niech brzmi. Ważne, że działa. Na mnie działa. Ten uśmiech rano. Do osoby, z którą przyszło mi iść przez życie. Nie do końca z wyboru, ale to wybór, którego nikt nie ma, więc nie narzekam. Tylko czasem pomyślę, że niektórym ta osoba, ten towarzysz jak cień niezmienny jednak lepiej się udał. Ale pogodzić się z niesprawiedliwością świata to krok całkiem mądry, więc godzę się. Na tyle, na ile potrafię. O piątej rano idzie mi to całkiem nieźle, bo po chwilowym wahaniu, po krótkiej walce z sobą, mam moją upragnioną chwilę ciszy.

 

Tak bardzo staram się jej nie zakłócać, tak bardzo ostrożnie i z uwagą wykonuję każdy ruch. Wiem, że jeśli stąpnę nie na tę deskę, co trzeba i ta co nie trzeba zatrzeszczy, cały plan, by wstawać rano i mieć wymarzoną godzinkę, podczas której absolutnie nikt nic ode mnie nie chce, ten cały cudowny plan, dla którego wstaję o porze nieludzkiej, w nieludzkiej ciemności zanurzonej, weźmie w łeb. Bo moje dzieci nad ranem, nawet nad tym nieludzkim, budzą się na najmniejszy szelest, dlatego idę chicho i ciszej jeszcze proszę psa, żeby czasem nie wstawał, bo pomyślą, że to ja. Pies leniwszy na szczęście ode mnie – widzę, że wstać to on nawet by wstał, bo wiadomo, jak jest człowiek, to się wstaje, ale jemu się nie chce. Niech tak zostanie.

 

Kolejny dzień zaraz nastąpi, kolejna wiadomość ze szkoły, kolejne słowa, które mają większą wagę niż im przypisujemy. A jeśli nie wagę, to chociaż moc. Moc ma też ta moja piąta nad ranem. Bo wtedy naprawdę nikt nic ode mnie nie chce i co najważniejsze, ja nic od siebie nie chcę. Nie mam wymagań, planów, list i zadań. Nie oczekuję, że sprawdzę pocztę, odpiszę na maile i na wiadomości od nauczycieli, bo jeśli nie odpiszę (zwłaszcza na te ostatnie), to jakbym była złą matką. O piątej nie ma złych matek, bo wszystkie matki, które mogłyby sąd wydać, śpią, a te co o piątej nie śpią – tylko udają, że nie śpią, bo z przyczyn od siebie niezależnych udawać muszą. Albo słuchają ciszy, jak ja. Słuchają, jak chodzi lodówka i to, że ją słyszą cieszy, jak szalona by to myśl nie była. I jak przez świat przelatują sny. Od jednego, do drugiego. Wymieniają się właścicielami. Szukają miejsca, by dzień przetrwać, bo w dzień nie dla wszystkich snów starczy miejsca w ludzkich głowach. Koszmary chowają się za zasłonę i tam czekają na zmierzch. Marzenia wskakują na lampę, więc zgarniam kilka do kieszeni. Jest dobrze.

 

Siadam z laptopem, piszę i w godzinę zapisuję więcej i lepiej niż w wielu godzinach funkcjonowania normalnych ludzi kiedykolwiek byłam w stanie. Bo wtedy zawsze coś. A o piątej to nawet dzieci się na piątą lekcję nie spóźniają, bo że na pierwszą to jeszcze zrozumiałe, ale na piątą? A wcześniej na czwartą i trzecią, żeby piąta nie czuła się wyalienowana. Ale kiedy jest tak rano, że jeszcze jest ciemno, nie myślę o tym. W ogóle o niczym za bardzo nie myślę, bo to jeszcze nie czas na myślenie, a to znaczy, że naprawdę mogę się skupić. I to robię.

 

A potem czuję się tak, jakby ktoś odjął mi osiem kilo, które mi się do dupy przyczepiło, bo widocznie do cycków nie dało radę doskoczyć (może gdyby ważyło dwa i nie było takie ociężałe…). Potem latam wysoko, jak po piątej kawie, choć przecież kawy nie piłam, na wszelki wypadek, żeby ekspres dzieci nie obudził – mój strach o to silniejszy jest nawet od strachu, że o piątej bez kawy zasnę jak nic. Nie zasypiam. Więcej – o szóstej trzydzieści, kiedy zaczyna się w naszym domu dziać inne życie niż moje ziewanie i stukanie w klawiaturę, czuję się jakby mi ktoś gorset ściągnął i wytłumaczył, jaki jest klucz do szczęśliwego życia, jakby jeden coach z drugim coachem skrzyknęli się i zrobili mi sesję pozytywnego myślenia. Tyle już zrobiłam i tak mi z tym dobrze, że świat nie może, no nie może być miejscem złym. Musi być miejscem dobrym, skoro można na nim tyle zrobić o piątej rano. Jest różowo. I w tych różowych barwach widzę owsiankę i poranne rozmowy, ubieranie i więcej rozmów, nawet popędzanie Krzysia, bo on zawsze spóźniony, czy to pierwsza czy piąta lekcja, no zawsze. Ale że już tyle zrobiłam, to i z tym sobie poradzę.

 

I radzę sobie ze wszystkim. Krzyś wychodzi, świat się do mnie uśmiecha, a ja się cieszę jak głupi do sera. Do czasu. Bo wszystko jest do czasu, o czym amerykańscy trenerzy charakterów i sukcesów zawsze zapominają wspomnieć. Że wszystko jest do czasu, kiedy otwieram szafę i brakuje: dwóch dziecięcych szalików, jednej czapki, kurtki i jednego buta. I to jest ten moment, kiedy mój zen pryska. To jest ten moment, kiedy budzę mojego męża, który wczoraj dzieci przyprowadzał, był zatem odpowiedzialny za to, żeby wróciły do domu w obydwu butach i w innych częściach garderoby, których (nie)konieczność założenia determinuje fakt mojego (nie)bycia choleryczką w bardzo konkretnych miesiącach w roku.

 

I tak, owszem, wtedy następuje absolutny finał mojego dobrego nastroju, bo że w byciu choleryczką doświadczenie mam wieloletnie, to i nakręcić się potrafię w minutę tak, że o żadnych medytacjach, wizualizacjach ani nawet o dzieciach stojących w przedpokoju nie pamiętam. Mój choleryzm sięga zenitu, kiedy okazuje się, że nie, nie dowiem się, bo nikt nie wie, gdzie znajdę dwa dziecięce szaliki, jedną czapkę, kurtkę i jednego buta (dla dwójki dzieci! Nie wiem nawet, jaka byłaby ze mnie cholera, gdyby starsze nie ogarniały same swojej garderoby i nie pilnowały, by wracać do domu w butach sztuk dwie, bo że szaliki i czapki gubią to norma i z góry zakładam, że tak będzie, więc tylko wyjmuję z zaczarowanego worka coraz to nowe sztuki – zaczarowany worek nie obejmuje tego, za co odpowiedzialni są ludzie, z definicji przynajmniej, dorośli!).

 

Wylewam więc wszystko z siebie, przecież szala się przelała, bo to trzeci raz w tym tygodniu i mój brak zrozumienia tego stanu rzeczy jest prawie równie wysoki, jak mój choleryzm, czemu zdecydowanie daję wyraz. A nawet kilka wyrazów. Zdecydowanie niecenzuralnych – jak przeklinać to przynajmniej z polotem.

 

I ani kawy mi już nie trzeba, ani nawet cukierka, bo nagle spływa na mnie myśl, że ja rzeczywiście jestem cholera i gorzka ta myśl strasznie, cukrem jej smaku nie zmienię.

 

Ale On tak, bo okazuje się, że choleryczkę to wystarczy przytulić.

 

Zawsze działa.

 

A jak nie działa, to wystarczy zapytać, jeszcze trochę niedobudzonym głosem:

– To co, wciąż chcesz drugiego psa? Bo jeśli tak, to chyba go dla ciebie znalazłem.

 

I stoję jak głupia, jakby mi ktoś dziób pocałunkiem zatkał. Nie wiem, co mam myśleć, więc myślę, że mam w domu najlepszego coacha i trenera rozwoju osobistego i amerykańskiego guru sukcesu w jednym. Takiego, który jednym zdaniem zamienia choleryzm we wdzięczność. Takiego, przy którym chce się iść przez życie. Nawet w jednym bucie i bez czapki. Za to ze spokojem, o który nikt by choleryczki nie podejrzewał. Zwłaszcza choleryczki, która wstała o piątej rano. I nie piła jeszcze kawy. Za to jest na tyle przytomna, by wiedzieć, że wygrała los na loterii. I to w kulminacji.

 

 

 

 

PODOBA CI SIĘ W MOIM INTERNETOWYM ŚWIECIE?

Jeśli tak i chcesz pomóc mi rozwijać ten blog i dać motywację, bym dalej snuła opowieści o miłości, radości i pięknie, oto w jaki sposób możesz to zrobić:

  • Zostaw po sobie ślad – skomentuj, napisz, co myślisz, a kiedy już mi zaufasz – opowiedz swoją historię
  • Poznajmy się lepiej – polub mój profil na Facebooku i zobacz, jak to wszystko wygląda od kuchni
  • Obserwuj mój profil na Instagramie – tam opowieści o miłości, radości i pięknie jest jeszcze więcej
  • Udostępniaj moje posty – nawet nie wiesz, jaką radość mi w ten sposób sprawisz :)

magdatomkowicz