Od jakiegoś czasu mam w brudnopisie post o tym, jak rzuciłam cukier, pszenicę, nabiał i w ogóle jak cudowna jest świadomość, że teraz to ja już jem zdrowo, zawsze zdrowo i tylko zdrowo. Już napisany, piękny i prawie mądry, poparty doświadczeniem, bardzo prawdziwy i… no właśnie – nieprawdziwy jednocześnie. Post, który od kilku tygodni chciałam opublikować, ale coś mnie przed tym powstrzymywało. I chyba w końcu odkryłam, co.

 

Wszystko zaczęło się od tego, że zachorował Staś, a my szukaliśmy sposobów, by jego mały organizm wzmacniać. Najbardziej oczywistym dla nas pierwszym krokiem była dieta, bo przecież jesteśmy tym, co jemy. A ponieważ nie chciałam, by Staś był w swojej walce sam, zafundowałam sobie ponad dwumiesięczny detoks, który zadziałał na mnie fantastycznie i cały czas odczuwam jego pozytywne skutki (zresztą wciąż większość zasad diety stosuję i ograniczam rzeczy, które w nadmiarze – lub patrząc tylko na pewne aspekty życia i zdrowia – nie są dla mnie dobre).

 

Jednak im dłużej stosowałam się do tego modelu odżywiania, tym mocniej czułam, że jeśli chodzi o moje dobre samopoczucie, ważniejsze od tego, co mówią autorytety w dziedzinie zdrowego stylu życia, jest to, co mówi mi mój własny organizm. Bo nie ma nie ma jednej drogi, która będzie idealna dla każdego – tak jest ze wszystkim w naszym życiu. Bo, choć czułam się świetnie, coś jednak było nie w porządku.

 

Dotarło do mnie, jak bardzo brakuje, zarówno mnie, jak i moim dzieciom, naszych ulubionych potraw, które przygotowywałam w gorsze dni na poprawę nastroju lub które towarzyszyły nam w konkretnych sytuacjach, a z których zrezygnowaliśmy na rzecz ich super zdrowych wersji, które jednak nigdy nie były dokładnie takie, jak być powinny i nie niosły ani komfortu, ani radości, a w niedzielę rano nikt już nie krzyczał: “Naaaleśniiiiki!!!”, choć przecież naleśniki wciąż przygotowywałam – dość smaczne, ale jednak nie takie.

 

 

I właśnie wtedy doszłam do wniosku, że w jedzeniu, tak jak we wszystkim innym, tak bardzo potrzebne jest słuchanie własnych potrzeb (zwłaszcza, jeśli nie są one zaburzone przez lata zaniedbywania zdrowia poprzez wrzucanie w siebie byle czego). Są ludzie, którzy czują się fantastycznie (zarówno psychicznie, jak i fizycznie), jedząc tylko i wyłącznie, w 100 % zdrowo, którzy może nawet nie mają żadnych pokus, by tu i tam skubnąć czegoś, co nie ma najwyższej możliwej gęstości odżywczej. I nawet trochę im tego zazdroszczę. Bo dla mnie bazą, na której buduję całą masę dobrych emocji, są między innymi wspólne posiłki. Te od święta i te codzienne. Przy ładnie nakrytym stole. Przy rozmowach o wszystkim i o niczym. I przy dobrym jedzeniu, które w naszym domu działa trochę jak cement sklejający drobne pęknięcia. Bez tego jedzenia, owszem, mam poczucie, że daję nam wszystkim to, co najlepsze, ale mam też wyrzuty sumienia, że jednak z czegoś nas ograbiam, zwłaszcza chłopców – że ograbiam ich z tego, co im się przecież należy – choćby z ulubionych smaków dzieciństwa.

 

Przez cały czas toczę w sobie wewnętrzną walkę pomiędzy matką, która chce dawać swoim dzieciom tylko to, co dla nich dobre i matką, która… chce dokładnie tego samego, tylko patrzy na życie z nieco innej perspektywy. Kompromisem jest jak zawsze równowaga. W kwestii zdrowia jest to karmienie nas przede wszystkim jedzeniem, które ma nas odżywiać i dawać siłę. A od czasu do czasu pozwalanie sobie na małe przyjemności – nawet, jeśli wiem, że mogłabym je zastąpić super zdrowymi wersjami, które, choć byłyby w miarę smaczne, nie wiązałyby się z tymi wszystkimi pozytywnymi emocjami, które kiedyś towarzyszyły naszym rytuałom. Bo choć wiem, że zdrowie jest najważniejsze, jestem również święcie przekonana, że nie zbudujemy go, jeśli zamkniemy się na rzeczy, które dają nam szczęście. A u nas w domu wiele z tych szczęśliwych chwil ma miejsce przy stole. Przy wspólnym stole, na którym zawsze stawiałam zdrowe jedzenie. Z małymi odstępstwami na rzecz dających radość przyjemności.

 

 

 

PODOBA CI SIĘ W MOIM INTERNETOWYM ŚWIECIE?

Jeśli tak i chcesz pomóc mi rozwijać ten blog i dać motywację, bym dalej snuła opowieści o miłości, radości i pięknie, oto w jaki sposób możesz to zrobić:

  • Zostaw po sobie ślad – skomentuj, napisz, co myślisz, a kiedy już mi zaufasz – opowiedz swoją historię
  • Poznajmy się lepiej – polub mój profil na Facebooku i zobacz, jak to wszystko wygląda od kuchni
  • Obserwuj mój profil na Instagramie – tam opowieści o miłości, radości i pięknie jest jeszcze więcej
  • Udostępniaj moje posty – nawet nie wiesz, jaką radość mi w ten sposób sprawisz :)

magdatomkowicz