Kiedy urządzaliśmy nasze mieszkanie, wyobrażałam sobie, jak będzie wyglądać dorastanie chłopaków, jakie chwile chciałabym dla nich stworzyć w pośpiechu mijających dni, wśród obowiązków zadań domowych i coraz głośniej wołającego ich świata. Już wtedy widziałam moje rosnące w oczach dzieci, siedzące przy barku i obierające jabłka na racuchy i siebie pijącą kawę z wielkiego kubka.

 

Chłopcy tak szybko się zmieniają, tak szybko przeskakują kolejne etapy swojego dzieciństwa, z których każdego tak ogromnie mi żal. Moje snute na odległą przyszłość plany, stają się już teraz naszą codziennością.

 

Jesienne popołudnia, zbyt szybko, zbyt niepostrzeżenie, zbyt płynnie przechodzące w wieczory, to u nas czas dzieci. Czas rozmów o tym, co się wydarzyło w ciągu dnia, czas zabaw i pieczenia ciasta, którym pachnie w całym domu aż do późnych godzin nocnych.

 

Centrum domu wędruje pomiędzy kuchnią a stołem, pomiędzy fotelami a barkiem, przy którym siadają moi synowie i ich koledzy, kiedy przychodzą ze szkoły i przedszkola, i niecierpliwie czekają na gofry lub naleśniki. Codzienność jest testem dla naszego mieszkania, które w zamierzeniu miało zachęcać do bycia razem, do rozmów o tym, co ważne i o tym, co (wydawać by się mogło) zupełnie nie. Miało być kwintesencją poczucia bezpieczeństwa. Codzienność jest testem dla mnie.

 

Nie uchronię moich synów przed całym złem świata, nie sprawię w magiczny sposób, że nie spotka ich w życiu żadna przykrość czy niepowodzenie, ale mogę stworzyć dla nich dom, w którym będą w stanie zapomnieć o tym, co boli i nabrać sił na następny dzień, na kolejne zmagania, a czasem na walkę z wiatrakami. Mogę stworzyć dla nich miejsce, w którym będą czuli się bezpiecznie, w którym będą mogli mówić o swoich problemach i spotkają się ze zrozumieniem i akceptacją. Dom, w którym będzie ciepło i dobrze, do którego będą chcieli wracać, do którego będą chcieli zapraszać kolegów, a potem dziewczyny, a potem, kiedy już się z niego wyprowadzą, będą chcieli stworzyć taki dom dla swoich dzieci.

 

Dom, który żyje, w którym dobre samopoczucie jest ważniejsze od porządku, a rozmowa od odrobienia zadania. Dom, który pozwoli im zachować w sobie dziecko, nawet kiedy będą starszymi panami w kapeluszach i długich płaszczach, z siwymi włosami i pomarszczonymi twarzami, nawet wtedy, kiedy mnie już nie będzie, kiedy nie będę mogła wysłuchać ich żali, nawet wtedy to wspomnienie domu będzie świeże, jakby wyryte w pamięci wczoraj, a nie przed siedemdziesięciu laty.

 

Bo tak działa nasza pamięć. Bo ludzie, którzy mogli być dziećmi, którym ktoś kiedyś pomagał nieść ich małe i duże troski, często wcale się nie starzeją, spod siwej grzywki błyskają pełnymi dowcipu i radości życia oczami, nieprzeniknioną mądrością, która wybacza gorycz tym, których nikt nie nauczył, co to znaczy pięknie żyć.

 

 

PODOBA CI SIĘ W MOIM INTERNETOWYM ŚWIECIE?

Jeśli tak i chcesz pomóc mi rozwijać ten blog i dać motywację, bym dalej snuła opowieści o miłości, radości i pięknie, oto w jaki sposób możesz to zrobić:

  • Zostaw po sobie ślad – skomentuj, napisz, co myślisz, a kiedy już mi zaufasz – opowiedz swoją historię
  • Poznajmy się lepiej – polub mój profil na Facebooku i zobacz, jak to wszystko wygląda od kuchni
  • Obserwuj mój profil na Instagramie – tam opowieści o miłości, radości i pięknie jest jeszcze więcej
  • Udostępniaj moje posty – nawet nie wiesz, jaką radość mi w ten sposób sprawisz :)

magdatomkowicz