Kiedy rozmawiam z bratem i mówię, że kozę kupiliśmy, nawet nie pyta, o jaką kozę chodzi. Z góry uznaje, że o taką, co mleko da i trawę poskubie, co to jej kosić nam się nie chce. A ja nie tłumaczę, bo nie wiem, że powinnam. Dla mnie koza to koza i marzę o niej, odkąd para nam w domku z ust leci, kiedy rano wstajemy. Ale że kilka osób w ten sposób „nabrałam”, już wiem, że muszę dodać, że o kozę do grzania chodzi, a nie żywe zwierzę. Choć po nas to by się tego można spodziewać, wiem.

 

Opowiadam o tym chłopcom, a oni mi na to, że w sumie to też myśleli, ba!, mieli nawet nadzieję, że ta koza to beczeć nam będzie pod oknami i nowej radości dostarczy. Lub pomnoży tę, która już jest.

 

A wydawać by się mogło, że przynajmniej własne dzieci patrzą na nas jak na całkiem w tej rzeczywistości zakorzenionych. Nie. Nawet dzieci wiedzą, że bujamy w obłokach, a po nocach śni nam się las i wolność. Ale skoro mój mąż książki o hodowli kóz oraz innych wiejskich zwierząt co i rusz kupuje, pewnie trudno się spodziewać, że dla nas koza to piec. Po prostu.

 

Czasem myślę sobie, że z tym po prostu to u nas lepiej niż wszyscy przypuszczają. Bo ono naprawdę jest, każdego dnia się staje. Powoli bo powoli, ale od świtu swoją zaspaną mordkę spod kołdry wynurza, by potem, w ciągu dnia co jakiś czas pomachać do nas ogonem i przypomnieć, że kawę trzeba pić na siedząco i razem. Po prostu. I że błoto jest najlepsze do zabawy na bosaka. Nawet w końcówce października. Po prostu. Że kiedy powietrze pachnie dymem to znak, że już jesień i pora swetry zacząć na drutach produkować, ale tylko na skalę domową. Po prostu, wieczorami, kiedy przy filmie się z mężem usiądzie, też po prostu. Albo że liście to najlepiej szeleszczą, jak się buty ściągnie i w skarpetkach po nich biega, choć mama nie pozwala, bo znów dziury się wytrą, jak we wszystkich innych. I tak bardzo po prostu, że nic nie smakuje, kiedy się smaku nie ma czasu poczuć. A i tak zawsze smakuje jeszcze lepiej, jak się wspólnie w kuchni zrobi i potem się razem przy jednym stole usiądzie. I porozmawia o życiu i o książkach. Jakby nic innego nie było do roboty. Po prostu.

 

Dziwacy. Dla tych, co z miasta. Bo niespiesznie i wiecznie w drodze. A jak nie w drodze, to wracają z lasu i brudni, w spodniach podartych, bo tych dobrych to do lasu szkoda, bo i tak się podrą po minucie tyrania nimi po ziemi.

 

I dla tych, co pod lasem, we wsi, parę kilometrów dalej. Bo chyba im się w głowach poprzewracało, że się im w tym lesie chce siedzieć. A nie boją się? Pytają. A nie. Bo i czego się niby bać? Jak tu tylko dziki dookoła. Podobno dwa wilki rok temu myśliwi widzieli, ale nadziei nie mamy, że nie poszły dalej, na zachód, jak wielu tutaj.

 

I tak żyjemy sobie pomiędzy. Z marzeniami, co skrzypią delikatnie jak drzwi, które trzeba naoliwić – wyrobią się, jak ciasto na domowy chleb, jak wszystko w życiu.

 

Tylko co to za marzenia? Nowy telewizor. To byłoby coś. Namacalnego. Albo chociaż kombajn. Coś po nim zostanie. Części przynajmniej. Ale wspomnienia? Że wspomnienia chcemy tworzyć. I żeby dzieci wzięły je kiedyś w życie? No i po co im to? Dziecku to trzeba dziś dobry komputer kupić, pani, żeby nie odstawało.

 

I co tu dużo gadać. Nie ma co i już. Jedni rozumieją. Inni mniej, ale porozmawiać z każdym można, a czasem nawet trzeba, bo na tej wsi to niektórzy samotni jacyś się wydają. A i w mieście z tym wcale nie lepiej. Gorzej czasami.

 

Tymczasem po lesie to prawie nikt nie chodzi, a trudno o lepsze miejsce, by poczuć bliskość. I więź. Tę nierozerwalną, choć o niej to się w ogóle dziś nie myśli. Może jacyś dziwacy tylko. Ci, którym zapach ziemi o poranku bliższy skórze niż krem na zmarszczki.

 

„I co wy tu szukacie?” – Pytają niektórzy, bo tu nikt się o pytanie nie obrusza, a że pytają, to znak przecież, że nas coraz mniej za miastowych mają. Ale jednak wciąż. I to się nie zmieni, bo kto by tak w środku lasu chciał? Tylko dziwacy. A dziwacy, to wiadomo – miastowi, co im się w głowach poprzewracało i piec sobie do domku wakacyjnego kupują. Mogliby sobie kozę kupić. Więcej pożytku by było. Mleko świeże dla dzieci. A i mięso potem jakieś. Bo że z krową dadzą radę, to wątpliwe wielce. Ale kozę uciągną nawet miastowi. No i wtedy przynajmniej wiadomo by było, co my tam w ogóle robimy. Bo że można być, tak po prostu, to dziś tylko dziwakom się mieści w głowie. I tak sobie myślę, że ci, co pomyśleli, że ta nasza koza beczeć będzie to też trochę jakby dziwacy. Tylko o tym nie wiedzą. A ja się cieszę, że wiem, bo takimi ludźmi to lubię się otaczać. Bardziej swoi od razu. I od razu cieplej się na sercu robi. Po prostu.