W nowej „Ani z Zielonego Wzgórza” jest scena, w której mama Diany zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo skrzywdziła swoje córki, zamykając je w emocjonalnym więzieniu, które stworzyła dla całej rodziny. Bo sama nie potrafiła poradzić sobie z uczuciami, które targały nią w związku z problemami finansowymi i małżeńskimi. Nie potrafiła przyjrzeć się ani swoim emocjom, ani emocjom tych, których kochała najbardziej na świecie, a co za tym idzie, straciła z oczu wszystko, co w życiu najważniejsze. Tak bardzo ta scena przypomina mi, że czasem tak niewiele trzeba, by człowiek sobie i swoim najbliższym zniszczył życie. Często zupełnie nieświadomie.

 

Są takie umiejętności, które przydałyby się każdemu, niezależnie od wieku, zawodu, zainteresowań czy predyspozycji. Dzięki nim żyłoby się nam wszystkim lepiej. Szkoda tylko, że niewielu się z nimi rodzi, musimy się ich uczyć, jeśli w ogóle jesteśmy świadomi, jak wielką zmianę mogłyby wnieść do naszego życia, do relacji z innymi.

 

Jedną z nich jest umiejętność bycia termometrem. A najlepiej także termostatem.

 

Bo chodzi o temperaturę. Temperaturę emocji, temperaturę, która towarzyszy nam wszędzie. Zdolność właściwego jej odczytywania może przydać się każdemu, ale chyba nie ma większego sprawdzianu naszych kompetencji w tej kwestii aniżeli macierzyństwo. Bo że w dzieciach kłębią się emocje, to wiadomo, przecież nie tylko w dzieciach. Różnica jednak jest taka, że wielu dorosłych potrafi te emocje nazwać, opisać, potrafi sobie wreszcie z nimi, lepiej lub gorzej radzić. Zwykle gorzej, ale to zupełnie inna historia. Tymczasem dzieci wciąż mają z tym problem, a jeśli nie nauczymy ich definiować emocji, analizować ich, pracować nad nimi, mogą wyrosnąć na ludzi, którzy będą toksyczni. Dla siebie i / lub otoczenia.

 

Problem polega na tym, że byśmy byli w stanie pomóc dzieciom, musimy najpierw sami się tego nauczyć. Radzenia sobie z własnymi emocjami i z emocjami wokół nas, z emocjami naszych dzieci. Zwłaszcza, kiedy mamy ich w domu kilkoro, a temperatura wciąż skacze. Kiedy sytuacja wymaga od nas wejścia na wyższy poziom, bo czasem nie wystarczy poprawnie odczytać emocje, rozumieć je, definiować, czasem trzeba też nauczyć się nimi sterować i utrzymywać je na mniej więcej stałym poziomie. Żeby dzieci nie powybijały sobie oczu. Żeby nauczyły się współpracować. Żeby wyrabiały w sobie zdolność empatii. By kiedyś one potrafiły odczytywać emocje innych ludzi i kierować nimi w taki sposób, by wokół nich panował spokój i radość. Bo emocjami można przecież manipulować, można je wykorzystywać, ale można też je łagodzić, można pomagać je zrozumieć, okiełznać. Dobrym słowem, gestem można zmieniać ich temperaturę.

 

To jeden z moich małych kroków do dobrego życia – niewykluczone, że obok praktykowania wdzięczności najważniejszy. Nie jesteśmy w stanie dobrze funkcjonować, jeśli na stałe produkujemy lub otaczamy się złymi emocjami. Nasze dzieci również, bo one jak nikt inny te emocje chłoną. I to od nas zależy, czy będą dorastać w domu, w którym panuje zrozumienie i dobra atmosfera czy w takim, w którym o emocjach się nie mówi, nie panuje się nad nimi i pozwala się im stopniowo tłumić radość życia. Czy będzie to dom, do którego będą chciały wracać. Czy temperatura jego emocji będzie podłożem do dobrej codzienności. Czy wręcz przeciwnie.

 

 

PODOBA CI SIĘ W MOIM INTERNETOWYM ŚWIECIE?

Jeśli tak i chcesz pomóc mi rozwijać ten blog i dać motywację, bym dalej snuła opowieści o miłości, radości i pięknie, oto w jaki sposób możesz to zrobić:

  • Zostaw po sobie ślad – skomentuj, napisz, co myślisz, a kiedy już mi zaufasz – opowiedz swoją historię
  • Poznajmy się lepiej – polub mój profil na Facebooku i zobacz, jak to wszystko wygląda od kuchni
  • Obserwuj mój profil na Instagramie – tam opowieści o miłości, radości i pięknie jest jeszcze więcej
  • Udostępniaj moje posty – nawet nie wiesz, jaką radość mi w ten sposób sprawisz :)

magdatomkowicz