Bo wszyscy gnamy, prawda? Czasem na złamanie karku, innym razem trochę wolniej, ale ten bieg towarzyszy większości z nas prawie codziennie. I ta świadomość, że trzeba zdążyć. Ze wszystkim, tylko nie z życiem. Do tego wszechobecny internet, który wie o nas więcej niż sami o sobie wiemy, bo przecież nie mamy czasu się przypatrzeć, wysłuchać, a i narzędzi nie mamy, żeby przeanalizować szybko wybory, zakupy, słowa i wszystko inne, z czego się składamy, przynajmniej jako konsumenci. Nie mamy czasu konsumować tego życia z należnym mu smakiem. Nawet na to, by czasem przyznać się przed sobą samym, że tego smaku już nie czuć, bo za szybko chcieliśmy i znów serce poparzone. I ciągły niepokój gdzieś w okolicach gardła, który każe zadawać sobie pytania nieistotne o rzeczy, które powinny być zrobione, a może nie są i może stąd on, ten niepokój.

 

A może wcale nie? Może on z tego, że straciliśmy z oczu siebie? Że straciliśmy kontakt z esencją naszego istnienia, że może całkiem zapomnieliśmy, czym ona jest? A może nigdy nie wiedzieliśmy, bo takie czasy, że legend pradawnych nikt już nie słucha, by mądrość z nich czerpać? Nikt dziś przecież w duchy nie wierzy, nawet te dobre, które w nas mieszkają. Nikt się zatem z nimi nie łączy. Z tym naszym ja głęboko zakopanym, żeby nie przeszkadzało w życiu, nie kwestionowało wszystkiego, nie zadawało pytań, żeby wreszcie nie spowalniało tempa, bo przecież z nim to trzeba powoli, z namysłem, z czułością nawet, wszak ono jest naszą esencją, czymś co po nas pozostanie. Duszą może? Nie wiem, ale wiem, skąd widać je lepiej.

 

Wróciliśmy z gór. I nie, żeby te góry takie mistyczne, bo nie tym razem, nie o to chodzi. Rzecz jest o wiele prostsza, bardziej banalna i aż śmiać mi się chce, czego to potrzeba albo wręcz przeciwnie, żeby wzrok się na to co ważne wyostrzył, a potem zapatrzył i w tym zapatrzeniu trwał.

 

Kiedy tam przyjechaliśmy, był wieczór. Późny. Zimno jak nie wiem, więc nawet ognisko mnie nie skusiło. Może jutro. Mój mąż poszedł, dzieci zasnęły, a ja odruchowo sprawdziłam pocztę. Przeczytałam pierwszego maila, ale załącznik, a w nim wszystko, co najważniejsze z punktu widzenia kogoś po drugiej stronie – już nie. Brak zasięgu.

 

I w tym braku zasięgu leżałam na łóżku, w ciemnym pokoju, bo małej lampki nigdzie namierzyć nie mogłam, a dzieci nie chciałam budzić ostrym górnym światłem i myślałam sobie, że głupio strasznie, że na tego maila nie mogę odpowiedzieć, bo ważny przecież. A potem pomyślałam sobie, że trudno, zmienić tego nie mogę, więc nie ma sensu tracić energii, której zawsze za mało. Że może wreszcie uda się pomyśleć o tym, na co nigdy jej nie starcza. Na przykład o sobie.

 

I tak myślałam o sobie. O życiu. O naszej rodzinie. O marzeniach.

 

I tak byłam z nimi przez te dni. Bez sprawdzania poczty. Bez mediów społecznościowych. Bez telefonu, bo zasięgu, żeby porozmawiać też w zasadzie nie było.

 

Był za to czas na wszystko, na co zwykle go nie ma. Na wszystko, co potrzebne, by nie stracić z oczu kogoś, bez kogo nie jesteśmy w stanie szczęśliwie żyć. Siebie.

 

Tego ja prawdziwego, które siedzi schowane, czekając aż wszystkie życiowe sprawy załatwi to nasze ja zabiegane. Czasem uda się im chwilę pogadać, czasem zatrzymają się razem nad kubkiem porannej kawy. Ale potem tamto biegnie przed siebie i zapomina, zostawia w tyle to, które mówi jak żyć, by to było dobre życie. Mówi tak cicho, że trudno mu przebić się przez cały świat z jego pokusami i uzależnieniami. Z poczuciem, że nas nie ma, jeśli śladu nie zostawimy tu czy tam w tej wirtualnej rzeczywistości, która wykrada przecież cenny czas na życie przeznaczony. A jego zawsze za mało. Choćby i 90 lat. Mignie. Tak mówi moja Babcia, a Ona wie przecież. Jej mignęło. A nawet internetu nie znała i nie wiedziała, jak to jest wejść na chwilę i wyjść po dwóch godzinach. By inni znów więcej o nas wiedzieli. A my sami o sobie? Czy stamtąd nas w ogóle widać?

 

Bo może to jest jak z gwiazdami – trzeba wyłączyć sztuczne światła, by zobaczyć ich piękno. Może trzeba nauczyć się całkiem wyłączać wirtualne życie, by to prawdziwe miało szansę naprawdę rozkwitnąć? Jedno wiem na pewno – tam gdzie nie ma zasięgu najlepiej nas widać. I że to ważne, by spotkać się ze sobą choć raz na jakiś czas.

 

 

 

PODOBA CI SIĘ W MOIM INTERNETOWYM ŚWIECIE?

Jeśli tak i chcesz pomóc mi rozwijać ten blog i dać motywację, bym dalej snuła opowieści o miłości, radości i pięknie, oto w jaki sposób możesz to zrobić:

  • Zostaw po sobie ślad – skomentuj, napisz, co myślisz, a kiedy już mi zaufasz – opowiedz swoją historię
  • Poznajmy się lepiej – polub mój profil na Facebooku i zobacz, jak to wszystko wygląda od kuchni
  • Obserwuj mój profil na Instagramie – tam opowieści o miłości, radości i pięknie jest jeszcze więcej
  • Udostępniaj moje posty – nawet nie wiesz, jaką radość mi w ten sposób sprawisz :)

magdatomkowicz