Jeszcze przedwczoraj było tak: las, pszczoły, paśniki z sianem i szukanie jak najwyższych ambon. Jeszcze przedwczoraj było tak: wieś, poznawanie coraz to nowych sąsiadów, spacery i jeżdżenie na rowerze po leśnych drogach. Tak było jeszcze przedwczoraj, a wczoraj nasz najstarszy syn rozpoczął zupełnie nowy etap w swoim małym, ale dla nas i dla niego ogromnym, życiu.

 

Jego radość tak bardzo nie współgra z deszczem kapiącym nam na nosy, kiedy tylko wystawiamy je z domu czy z samochodu, że czuję potrzebę denerwowania się za nas dwoje. Tym bardziej, że nie jestem przygotowana na szkołę. W najmniejszym stopniu. Skompletowaliśmy wprawdzie wyprawkę (z której część udało się już Krzysiowi zgubić), ale wciąż mam wrażenie, że o czymś ważnym zapomniałam, zapominam. Tak już mam. Nie jestem gotowa do bycia mamą. Nie w społecznym sensie. Emocjonalnie, a nawet wychowawczo jakoś sobie radzę. Lepiej lub gorzej, ale z reguły całkiem nieźle nasza rodzina funkcjonuje. Ale społecznie czuję się nieprzystosowana. Zawsze coś robię nie tak, wiecznie o czymś zapominam i zupełnie nie to, co powinno, jest dla mnie ważne. A dowiaduję się o tym, że powinno dopiero w zetknięciu z innymi rodzicami. I tak bardzo, tak ogromnie nie chcę, żeby moje dzieci to uwierało.

 

Dziś zaspałam. Byłam tak zmęczona nocnym noszeniem i karmieniem Stasia, że kiedy zasnął o 5.30, padłam razem z nim, a potem o 6, hmmm… nawet nie pamiętam, co było o 6. Obudziłam się pół godziny później. To nic. Dziś się udało. Zdążyliśmy. Nawet kaszę jaglaną rano ugotowałam i nakarmiłam nią całą rodzinę. I borówkami, żeby mieli zdrowe oczy. Ale czy jutro też uda nam się zdążyć ze wszystkim na czas? Czy będę pamiętać, żeby kupić bułki i przygotować je jeszcze wieczorem? I wyprasować koszulkę? I przygotować to wszystko, co potrzeba przygotować? Ja, w pracy zawsze zorganizowana, w byciu mamą odnajduję się w naszym własnym luzie. Potrafię nas perfekcyjnie spakować, nawet na kilkutygodniowy wyjazd pod namiot gdzieś daleko, za granice naszego kraju i z psem, i z tym wszystkim, co potrzeba przewidzieć. Ale szkoła i społeczne w nią uwikłanie, mnie przeraża.

 

Przypominam sobie czasem moją mamę. Ona wiedziała. Zawsze wiedziała, co, kiedy, i jak często będzie mi potrzebne, co powinna, a czego nie powinna. Ja nie wiem. Do tego stopnia nie wiem, że musiałam zrobić listy, żeby o niczym na pewno nie zapomnieć, a i tak nie jestem pewna, czy te kawałki czerwonej papryki i pomidorki koktajlowe, które spakowałam Krzysiowi na drugie śniadanie to dobry pomysł. Czy to jabłko z naszego sadu wygra ze słodyczami, których pełno w szkolnym sklepiku, a orzechy nie wysypią się z pudełeczka. Nie wiem, czy wszystko jest takie, jakie być powinno i czy czegoś nie przeoczyłam. I czy to, że kroiłam, pakowałam, podpisywałam, kupowałam to wszystko z miłością wystarczy, żeby moje dziecko społecznie nie odstawało. A jeśli będzie odstawać, czy udało mi się zaszczepić w nim wystarczająco dużo poczucia własnej wartości, żeby wszelkie odstępstwa od normy miał gdzieś. Tak jak jego rodzice. Żeby potrafił być szczęśliwy po swojemu, a nie według społecznych przykazań.

 

A Ty, jeśli zobaczysz kiedyś taką mamę, taką jak zwykle spóźnioną i jak zwykle roześmianą, i może nawet z dziurą na kolanie, pasującą do dziury na kolanie któregoś z dzieci, bo wszyscy zapomnieli, że przed apelem lepiej nie robić wyścigów, bo można się wywrócić albo wpaść do kałuży i reprezentacyjny wygląd, zgubiony już podczas wychodzenia z domu, w ten sposób na pewno się nie odnajdzie, pomyśl, że to mogę być ja. Albo inna nieprzystosowana do swojej społecznej roli mama. I pomyśl, że na pewno będzie jej miło, jeśli się do niej uśmiechniesz. Bo na pewno znajdzie się ktoś, kto skarci ją wzrokiem. Ktoś idealny, zupełnie nie taki, jak ona. A jeśli ona zobaczy Twój uśmiech, może nawet nie zauważy tamtego, nic sobie nie robiącego z jej ogólnej radości i błogiej nieświadomości, spojrzenia, które bez Twojego uśmiechu mogłoby schować ją głębiej do pudełka społecznego nieprzystosowania. Pomyśl, jak będzie jej miło nie widzieć karcącego spojrzenia, ale uśmiech. Twój. Tak bardzo w takiej chwili potrzebny.

 

I tak oto rozpoczęliśmy pierwszy z testów na rodzicielstwo. Pierwszy społecznie użyteczny. Albo i nie.

 

 

PODOBA CI SIĘ W MOIM INTERNETOWYM ŚWIECIE?

Jeśli tak i chcesz pomóc mi rozwijać ten blog i dać motywację, bym dalej snuła opowieści o miłości, radości i pięknie, oto w jaki sposób możesz to zrobić:

  • Zostaw po sobie ślad – skomentuj, napisz, co myślisz, a kiedy już mi zaufasz – opowiedz swoją historię
  • Poznajmy się lepiej – polub mój profil na Facebooku i zobacz, jak to wszystko wygląda od kuchni
  • Obserwuj mój profil na Instagramie – tam opowieści o miłości, radości i pięknie jest jeszcze więcej
  • Udostępniaj moje posty – nawet nie wiesz, jaką radość mi w ten sposób sprawisz :)

magdatomkowicz