Lubię siebie za to, że nie boję się wiedzy. Także tej trudnej, o sobie. I że nie uciekam przed nauką. Także tą niewygodną. Jak ta, by się nie przejmować. A już zwłaszcza nie przejmować się rzeczami, na które i tak nie mam wpływu.

 

Jak ta zimna jesień, co się przyplątała, nie do końca chciana. Pewnie czuła, że za wcześnie wpadła, w dodatku na nie swoją imprezę, więc mocniej zęby wyszczerzyła w temperaturze nieprzyjaznej, kiedy rano chciałam się z nią przywitać. Przewiana po nocy, co myślała, że jeszcze choć trochę ciepłojesienna i czapki nie założyła, kiedy gwiazdy wyszła doglądnąć. Czy mocno wiszą i z nieba się nie urywają. Jak z choinki, na którą przecież jeszcze nie czas. Informuję, że wiszą. Jak nam gile z nosów.

 

Plotę więc czapki na drutach. Zamiast głupot. Bo te wychodzą mi głupsze jeszcze niż dawniej i już zupełnie nie pasują do tego, co sobie na swój temat wymyśliłam. Prostuję to, co prostowania nie potrzebuje, w kąt odsuwając wszystko, co czeka na moją uwagę. Poczekać musi. I dziś nie będę się tym przejmować. I nie będę się za to nieprzejmowanie ani odrobinę mniej lubić. Wręcz przeciwnie. Na przekór wszystkiemu, polubię się bardziej jeszcze. I Wam też z całego serca polecam.