Zamiast śniadania piję zielony koktajl – przekonałam się wiele razy, że najwyżej kwartał wytrzymuję na wyłącznie zdrowym jedzeniu, ale ten nawyk jestem w stanie wdrażać w życie codziennie. I robię to od kilkunastu lat. Dla jednych za mało. Dla innych a dużo. Dla mnie w sam raz.

 

Czytam książki, a kiedy nie da się czytać, słucham, najchętniej w obcych językach, bo tak lubię i to pozwala mi łączyć dwie rzeczy, które kocham. Dla jednych nudne. Dla innych niewykonalne. Dla mnie czysta przyjemność.

 

Uczę się języków. Z podcastów. Piętnastominutowych. Kiedyś nie miałam pojęcia, ile można się w ten sposób nauczyć. Dla jednych tak się nie da. Dla innych to nie wystarczy. A mnie tyle radości daje, kiedy rozumiem choć strzępki tego, co mówi do mnie włoski kelner czy staruszek spotkany na Korsyce.

 

Ćwiczę jogę. Kiedyś próbowałam biegać. Był też okres, kiedy codziennie rano pływałam i to naprawdę niezłe dystanse. Ale joga jest tą aktywnością, która sprawdza się najlepiej przy moim obecnym stylu życia. Jednych joga usypia. Inni chcieliby od razu ironmana zrobić. Ja czuję, ile moje ciało zyskuje na tym, że robię coś dla niego codziennie. Nawet jeśli to tylko kwadrans.

 

Uczę się medytacji, by się uspokoić, wyciszyć i zdystansować – z tym zawsze miałam problem i nic innego tak mi nie pomaga. Dla jednych medytacja to bzdura. Inni mówią, że nie potrafią. Ja też nie potrafię, ale codziennie siadam od nowa i próbuję.

 

Piszę codziennie. Dążę do 2000 słów, ale czasem udaje mi się zapisać 2 zdania. To nic. Zapisane, dwa zdania do przodu. Jedni nie lubią pisać. Inni nie potrafią. Robią inne rzeczy. Ja robię to.

 

Chodzę po lesie. To sprawia mi przyjemność i daje radość mojemu psu. Nie męczy, a i tak czuję, że moje ciało na tym zyskuje. Jedni lasu się boją, bo dziki. Inni nie lubią spacerować. Ja mogłabym tak cały dzień.

 

Chodzę spać o ludzkich porach, by moje ciało i głowa były wypoczęte. Jedni są sowami. Inni rannymi ptaszkami. Ja robię wiele, by po prostu czuć się dobrze.

 

Wieczorami wyłączam komputer i telefon. Nie potrzebuję ich, kiedy spędzam czas z rodziną. Przeszkadzają mi, kiedy chcę pokazać dzieciom, że można dobrze bawić się bez nich. Są tacy, dla których te dwie rzeczy mogłyby w ogóle nie istnieć. Dla innych to nierealne, bo przecież tam czeka cały świat. Ja też lubię ten świat, ale dla mnie to nie cały świat. Nawet nie pół czy ćwiartka.

 

Wciągam dzieci w przygotowanie posiłków i jem z nimi przy wspólnym stole. Wierzę, że to łączy. Dla jednych to męczące. Drudzy narzekają, że kuchnia brudna i łatwiej, szybciej samemu. Dla mnie to bezcenny czas i inwestycja w przyszłość.

 

Piszę dziennik. I zapisuję zawdzięczniki. Żeby pamiętać o tym, co ważne. I nie zapomnieć, kim jestem, czego chcę od życia i co chcę dać innym od siebie. Jedni tego nie potrzebują. Inni uważają, że to fanaberie. Mnie to pomaga pozbierać myśli. I siebie samą.

 

Opuszczam niektóre posiłki. By poczuć głód i pozwolić ciału na regenerację. By bez wyrzutów sumienia jeść to co lubię wtedy, kiedy jem. Jedni wciąż wierzą, że tylko zasada pięciu małych posiłków dziennie jest jedyną słuszną. Inni twierdzą, że nie daliby tak rady, a poza tym to bzdura. Ja słucham ludzi, którzy od lat zajmują się badaniami naukowymi nad starzeniem, nad demencją, nad regeneracją komórek, nad nowotworami. I wyciągam własne wnioski.

 

Staram się nie zapominać, że mój mąż jest moją wielką miłością. Także wtedy, kiedy z jakiegoś powodu jestem wkurzona i mam ochotę odegrać się na całym świecie, a to on najczęściej jest pod ręką. Już wiem, że nie warto wypowiadać swojej złości dla chwilowej gratyfikacji. Jedni w ogóle o tym nie myślą. Inni twierdzą, że emocjom trzeba dać upust. Ja staram się to robić w inny sposób.

 

Nie dopuszczam do tego, by chaos zaczął nami rządzić, by bałagan wymknął się spod kontroli. Dla jednych to za mało, bo muszą mieć idealny porządek. Inni nie mają problemu z naczyniami piętrzącymi się w zlewie. Ja muszę mieć ogarniętą przestrzeń, wtedy łatwiej mi się skupić.

 

Małe rzeczy, czasem tak małe, że mieszczą się w pięciu minutach albo w kwadransie. Albo w zwykłym przyzwyczajeniu, by robić tak, a nie inaczej. Nawyki, rytuały, jak zwał, tak zwał – ważne, że pomagają mi utrzymać moje życie w porządku. I nie chodzi mi o porządny porządek, ale o ten pożądany, ten, dzięki któremu zmierzam w dobrym kierunku.

 

Dla mnie to rama, w której umieściłam obrazek mojego wymarzonego życia. Albo raczej, która powstała wokół tego obrazka, która powstała z niego. Chcę, by to dobre życie działo się tu i teraz, nie za pięć, czy dziesięć lat i nie potrzebuję do tego miliona monet ani worka czasu. Gdybym na nie czekała, pewnie nigdy nie udałoby mi się choć jednego dnia przeżyć w prawdziwym szczęściu, niezależnym od tego, co mam, a czego nie. 

 

Tu i teraz chcę być zdrowa i czuć się dobrze w moim ciele, choć przecież czterdziestka depcze mi po piętach. Chcę mieć związek, o którym mogę powiedzieć, że łączy nasze ciała i serca. Chcę tworzyć dla moich dzieci dom, do którego będą chciały zawsze wracać. Chcę mieć z nimi dobry kontakt, chcę by miały mocne korzenie i jeszcze silniejsze skrzydła. Chcę być spokojna i zrównoważona, a także przewidywalna – także dla siebie i swojej rodziny. Nie chcę, by rządziły mną emocję, wolę panować nad nimi i pilnować, by nie wpędzały mnie tam, gdzie być nie chcę. Chcę robić w życiu to, co sobie wymyśliłam, w czym jestem dobra. Chcę, by przynosiło mi to pieniądze. Chcę się rozwijać intelektualnie, bo nie ma nic bardziej pociągającego niż sprawny umysł. Chcę otaczać się ludźmi, na których mi zależy. I którym zależy na mnie. Chcę spełniać moje marzenia i realizować pasje. Chcę żyć w otoczeniu, które mnie inspiruje i uspokaja.

 

Im jestem starsza, tym wyraźniej widzę, że bzdurą jest to, że nie można mieć wszystkiego. Można. Czasem w innych niż wymarzone proporcjach, ale to przecież jest płynne. Stała niech będzie dbałość o wszystkie obszary życia. Mój własny, spersonalizowany balans. Nie twój. Nie społeczeństwa. Nie sąsiadki. Mój. Przepis na życie, które mnie uszczęśliwia.

 

Przeczytałam gdzieś, że nie ma sensu szukać szczęścia. O wiele lepiej jest dążyć do stylu życia, który nam je daje. Odpowiedź na pytanie, jaki on ma być wcale nie jest łatwa, ale odkąd ją mam, jakoś znajduję kwadrans na jogę czy na wysłuchanie lekcji włoskiego. Na spokojnie. Bez spiny. Za to ze świadomością, że to przecież jest szczęście.